Rozmowa z Jackiem Inglotem

Aniela Nurczyk: W tym roku uzyskał pan po raz pierwszy nominację do Nagrody Literackiej im. J. Żuławskiego, która przyniosła ostatecznie zasłużone Srebrne Wyróżnienie. Mając na uwadze jak niewiele zabrakło do Złotego Wyróżnienia, rok 2017 zakończy się dla pana bilansem dodatnim? Czy może jednak gdzieś tam jawi się niedosyt?

 

Jacek Inglot: Nagroda przyznawana przez profesjonalne grono literaturoznawców na pewno satysfakcjonuje, ale też i motywuje do dalszej pracy. W końcu znalazłem się na podium, więc dlaczego miałbym czuć niedosyt? Z drugiej strony każdy chce jednak na wyższą grzędę i mam nadzieję, że w przypadku „Polski 2.0” zadziała tzw. efekt Sapkowskiego. Jak wiadomo, w konkursie miesięcznika „Fantastyka” jego debiutanckie opowiadanie „Wiedźmin” zajęło trzecie miejsce, i to ex aequo z dwoma innymi autorami… Kto dziś pamięta, kto był na pierwszym i drugim? Czas i rynek literacki weryfikują dorobek pisarski, niekiedy bardzo boleśnie, i często zdarza się, że ostatni bywają pierwszymi… Choć może być odwrotnie, nie ma tu żelaznych reguł, i może się zdarzyć, że kiedyś historycy literatury zajmą się tylko moimi konkurentami, ja zaś popadnę w słuszne zapomnienie. Dla porządku przypomnę, że w nominacjach do nagrody im. Janusza A. Zajdla książka w ogóle nie zaistniała, zgodnie zresztą z moimi przewidywaniami. To zresztą jakby symbol naszych pokręconych czasów, ponieważ jako jedyna nawiązywała do dorobku patrona nagrody.

 

AN: „Polska 2.0” spotkała się z serdecznym przyjęciem na rynku wydawniczym, nie zawiodła również polska mentalność i czytelnicy wraz ze swoimi opiniami podzielili się na obozy. Komu szczególnie chciałby pan zadedykować swoją pozycję?

 

JI: Z tym serdecznym przyjęciem to chyba lekka przesada, książka nie odniosła spektakularnego sukcesu rynkowego, czytelnicy nie wyrywali jej w księgarniach z półkami. Notabene sam to sobie wyprorokowałem, ponieważ w książce jedną z przyczyn cywilizacyjnej zapaści Polski jest upadek czytelnictwa (63% Polaków nie czyta książek i zdaje się są z tego dumni). Zatem szczególnie nie powinienem być tym zdziwiony, jak prorok Jeremiasz upadkiem Jerozolimy, który w kółko zapowiadał. Tym niemiej ukazało się trochę recenzji: jedni podzielali moją wizję, inni nie, twierdząc, że przesadzam. Książka jest dla jednych i drugich – ci drudzy oczywiście powinni przemyśleć swoje stanowisko. Często słyszę stwierdzenie, że nie ma co panikować, gospodarka się kręci, mamy się świetnie i nic nie zapowiada nadchodzącego kryzysu. Historia nieraz udowodniła naiwność takiego myślenia, wystarczy spojrzeć na dzieje kryzysów gospodarczych (z 1929 i 2008 roku), każdy krach poprzedzała spektakularna prosperity. Dotyczy to zresztą większości dziejowych katastrof. Latem 1939 roku większość Polaków była święcie przekonana, że wojny nie będzie, bo mamy doskonałą armię, potężnych sojuszników i Niemcy się nie odważą, bo przecież jesteśmy „silni, zwarci, gotowi”. No i 1 września odważyli się. Ciekawe, co wtedy mieli do powiedzenia ci „optymiści”…

 

AN: Wiem, że przygodę z konspektem „Polski 2.0” rozpoczął pan już w 2012 roku. Mimo to problemy, których dotyka książka, mogą wydać się bardzo aktualne. Czy podczas promocji książki przypinano panu łatkę mąciwody lub zarzucano posiłkowanie się marketingiem czasu rzeczywistego?

 

JI: Rzeczywiście, pierwotny pomysł naszkicowałem jesienią 2012 roku, a nawet próbowałem sprzedać go paru wydawcom jako projekt do realizacji, na podstawie konspektu, ale się nie udało. Potem go zaniechałem, czego żałuję, bo uniknąłbym posądzeń, o których Pani wspomina. Kilka osób rzeczywiście mi zarzuciło uprawianie bieżącej publicystyki, ale naprawdę to, co wymyśliłem pod koniec 2012, niewiele odbiega od tego, co napisałem w 2015 – część pierwsza powstała jeszcze przed wyborczym zwycięstwem Andrzeja Dudy. Jeśli zatem wyszła mi publicystyka nadto aktualna, to raczej wina wypadków, jakie się toczą – to nie moja książka jest podobna do nich, tylko one do mojej książki. Może doznałem podczas pisania jasnowidzenia i, jak ksiądz Piotr w „Dziadach”, zajrzałem w przyszłość? Co prawda każdy autor SF chce zajrzeć w przyszłość, ale żaden nie wierzy, że mu się to uda. Czyżby mi się jakimś dziwnym trafem udało? A wy, niewierni Tomasze, zamiast budować mi pomniki, na których przybieram wieszcze pozy, tylko kwękacie o taniej publicystyce… No tak, żyjemy wszak w Polsce – jeszcze tej 1.0. Ale, jeśli moje jasnowidzenie spełni się do końca, już niedługo.

 

AN: Trzeba przyznać, że fabuła bardzo zwinnie wpisuje się w ramy futurologiczne w świadomości czytelnika. Jest to zapewne skutkiem ewaluacji polskości, którą przechodzimy podczas lektury. Stanowi ona dobry fundament przy budowaniu wiarygodności fikcji. Nakreślenie tak płynnej granicy było celowym zagraniem? Uważa się pan w pewnym sensie za futurologa?

 

JI: Raczej za mimowolnego jasnowidza, jak wspomniałem. Nie stawiałem sobie celów futurologicznych – już sama konstrukcja książki zaświadcza, że chodziło mi o MOŻLIWE przyszłości, dlatego są dwie. Może któraś się spełni albo i nie, naprawdę nie wiem. Gdybym obsadził się w roli typowego futurologa, skupiłbym się na jednej i głosił ją jako tę, która niechybnie nastąpi. A polskość poddałem krytycznej ocenie zupełnie świadomie, ponieważ uważam, że w naszej płynnej ponowoczesności trzeba ją zredefiniować, dostosować do nowego świata, który się wyłania. Jeśli tego nie zrobimy, czeka nas skansen. Może i bardzo fajny dla niektórych – wreszcie Polacy popławią się w sosie własnej polskości jak drób w niedzielnym rosole – ale na dłuższą metę niebezpieczny. Bo każdy skansen czeka prędzej czy później zagłada, tak jak na przykład I Rzeczypospolitą, która była przecież takim właśnie strasznym sarmackim skansenem. No i został zaorany przez rozbiory. Musimy się zmieniać i dostosowywać, bo w przeciwnym wypadku czeka nas to samo. Zamiast odwracać się do przyszłości plecami lepiej stawić jej czoła i próbować się do niej dostosować na własnych zasadach. Bo przecież nie musimy zgadzać się na wszystko. Ale niezgadzanie się kompletnie na nic to samobójstwo, jak sarmackie trwanie przy liberum veto. W tym sensie musimy przemyśleć, na czym w przyszłości ma polegać polskość – i dlatego w „Polsce 2.0” bohater pierwszej części, Olek M’Beki, jest z ojca Gabończyka. I zarazem jest szczerym Polakiem, lepszym od niejednego co to wywodzi się „z Piasta”, strzyże się na łyso i paraduje w klubowym szaliku. Bo w moim przekonaniu wspólnota, jak to mówią skrajni nacjonaliści, krwi, odchodzi do przeszłości, choć im się to bardzo nie podoba. Ważniejsza (i efektywniejsza) będzie wspólnota idei, kultury, języka, wartości, która potrafi włączać w swój obręb nowe byty (nie mylić z jakimś multikulti, to zupełnie coś innego!), tak jak się to działo w czasach Jagiellonów. Albo to zrozumiemy, albo ulegniemy niwelacji jak amazońscy Indianie, których za chwilę nie będzie.

 

AN: Na POLCONIE wyjawił pan, że w stworzeniu pozytywnej wizji przyszłości, poza wieloletnią analizą, pomogło „Następne sto lat” George`a Friedmana i zawarte w nim prognozy dla Polski. Wnioskuję, że ta treść stała się kamieniem węgielnym Projektu „Jagiellonia 2.0” w książce. Brał pan pod uwagę inne kierunki rozwoju pozytywnej wersji przyszłości?

 

JI: Friedmanem inspirowałem się mocno przy pisaniu pierwszej części, „Polski 2.1. Wojny dronów”, część druga to totalna polemika z optymistyczną wizją zawartą w jego pracy – w tym sensie duch jej, choć nie litera, wisi nad całą moją książką. Od początku założyłem, że napiszę tylko dwie wersje przyszłości, za to całkowicie skontrastowane, jak czerń z bielą czy plus z minusem. Oczywiście są możliwe warianty pośrednie, i to w sporej liczbie. Mnie jednak interesowały skrajności, ponieważ w ich przypadku widać jak na dłoni dominujące tendencje, każda jest kontrastowym tłem dla drugiej. Dlatego nie ma wersji „pośredniej”, choć jest ona wyobrażalna.

 

AN: Polacy rzeczywiście nie lubią patrzeć w przyszłość. Coraz większy problem z interpretacją rzeczywistości nie ułatwia nam jako narodowi terapii z wielowiekowych traum i rzucanego przez nie cienia. W pierwszej z historii przedstawionych w powieści bieg rzeki zawraca Sidorski (drugi Piłsudski) – dyktator, który poświęca co trzeba dla dobra ogółu. Ów mesjanizm jest nam jako narodowi niezbędny do wyzwolenia?

 

JI: Figura Sidorskiego to w znacznym stopniu prowokacja. Takie zaszyfrowane oskarżenie pod adresem narodu, rozumianego jako działająca wspólnota – właśnie o to, że przestał działać i dryfuje ku katastrofie, prąc bezmyślnie przed siebie jak Titanic ku górze lodowej. Stąd wniosek, że ocalić nas może jedynie jednostka wybitna, zdolna wpływać na bieg dziejów (pomijam tu kwestię, czy to w ogóle możliwe. Być może znajdziemy się w tak czarnej dziurze, że i stu geniuszy nie pomoże). A dlaczego dryfujemy ku przepaści? Bo nie mamy, jako społeczeństwo, żadnej idei, która by nas określała, czyli, w skrócie, mówiła nam, po co właściwie jesteśmy. Bo w tej chwili wydaje się, że Polacy są po to, aby regularnie nawiedzać hipermarkety. Ale to za mało na ideę, a nawet taką sobie „idejkę”. Przyszłość będzie należała do narodów, które będą potrafiły wyznaczyć sobie ambitne cele i okażą się zdolne do ich realizacji. Czyli będą mieć misję. Polacy żadnej sensownej misji od dłuższego czasu nie mają, ostatnią był projekt pt. „Solidarność” (ten z lat 1980–1981), kompletnie zarzucony, wręcz starannie zapomniany. A w życiu, także społecznym, jest tak, że jak ktoś nie wie, po co jest, to także nie wie, gdzie iść – co oznacza, że już się pogubił i za chwilę spotka go coś złego, bo zwykle takie błąkające się łaziki prędzej czy później obrywają od złych facetów z bejsbolami.

 

AN: W posłowiu padło kilka słów o wyzwaniu cywilizacyjnym przed którym stoimy. W książce takim punktem zwrotnym jest w obu historiach zamach stanu, udany lub nie. Pucz stanowi jednak dość mocne uderzenie w stół. Możliwym jest, by wydarzenie przełomowe przeszło jednak bez większego echa?

 

JI: To oczywiście aluzja do zamachu majowego z 1926 roku, po którym Polską kierował Piłsudski i to on kształtował jej politykę, a nawet ustrój. Wydarzenie było dramatyczne i kosztowało życie kilkuset ludzi, o czym mało kto pamięta. Wtedy Piłsudski uważał, że nie ma innego wyjścia. Kto wie, być może w przyszłości ktoś dojdzie do wniosku, że także innego wyjścia nie ma i trzeba to będzie zrobić, by „ocalić Polskę przed Polakami”, co wprost piszę. To się już w naszej historii zdarzało, mało kto wie, że na przykład Konstytucję 3 maja uchwalono w atmosferze zamachu stanu, pod asystą wojska i pod nieobecność posłów z sarmacko-magnackiej opozycji. Bieg wypadków udowodnił, że wówczas na ratunek było już za późno. Gdyby podobną reformę rządu wprowadzono wcześniej, na początku wieku, być może I Rzeczypospolita miałaby szansę… Polacy się wtedy spóźnili, i to bardzo, z odpowiedzią na ówczesne wyzwania cywilizacyjne i gorzko za to zapłacili. Niestety, mam wrażenie, że lekcja rozbiorów została zupełnie zapomniana, bo Polacy nie tylko nie myślą o przyszłości, ale i z rozumieniem przeszłości nie jest najlepiej, ciągle nie jesteśmy mądrzejsi po szkodzie. Dobrze to nam nie wróży. Sarmaci odwrócili się plecami do świata i pogrążyli się w mitach głoszących własną wielkość i wyjątkowość. Rzeczywistość w końcu ich zweryfikowała i z wyimaginowanego piedestału runęli w realne błoto, w którym utonęli po uszy. Na 123 lata, przypominam. Tak naprawdę, gdyby nie I wojna światowa, to zabory trwałyby dalej. Brak adekwatnej reakcji na wyzwania współczesności skończy się dla Polski katastrofą, dokładnie tak samo, jak pod koniec XVIII wieku. I o tym jest moja książka. Chciałbym, aby pełniła podobną rolę co np. „Przestrogi dla Polski” Stanisława Staszica. Sęk w tym, że jego dzieło też mało kto przeczytał. A jeśli nawet, to, zgodnie z prawami Lema, nic nie zrozumiał. (Przypomnijmy je: 1. Nikt nic nie czyta; 2. Jeśli czyta, nie rozumie; 3. Jeśli rozumie, natychmiast zapomina.)

 

AN: Lektura „Polski 2.0” to kilkuetapowa, indywidualna podróż po zakamarkach naszej historii. Refleksja towarzysząca po jej zakończeniu całkowicie przyćmiewa, jak się okazuje, towarzyszącą jej fantastyczną otoczkę. Przygoda z tą pozycją przypomniała mi „Uległość” Michela Houellbecqa. Tamtejszą wizję przyszłości rzeczywistość skorygowała w tempie błyskawicznym. Czy któryś z pańskich scenariuszy ma szansę na zostanie zweryfikowanym szybciej od swojego konkurenta?

 

JI: Porównanie z Houellbeckiem nasunęło się paru osobom, ale nie jestem specjalnym miłośnikiem jego prozy i nie starałem się go naśladować czy z nim polemizować. Interesowało mnie snucie własnej historii. A co do weryfikacji moich wizji, to proszę zwrócić uwagę, że moja opowieść zaczyna się właściwie po roku 2020, czyli mamy jeszcze kilka lat, aby zobaczyć, co się spełni. Notabene Andrzej Celiński, jeden z nielicznych polskich polityków zatroskanych przyszłością, przewiduje (w wywiadzie udzielonym GW), że potężne kłopoty gospodarcze spadną na Polskę po roku 2020 (może czytał „Polskę 2.0”?), co wywoła też społeczną destabilizację. Podobnie sądzi agencja ratingowa Fitch, która przewiduje w tym okresie poważne spowolnienie, wywołane wysłaniem setek tysięcy ludzi na wcześniejsze (niż w reszcie Europy) emerytury. A ja krach systemu emerytalnego dość drastycznie opisuję w części drugiej. Pojawiające się pesymistyczne głosy, zwłaszcza wśród liberalnych ekonomistów, wskazują, że grozi nam scenariusz z „Polski 2.1. Burzy planetarnej”, choć może na razie bez globalnego przyrodniczego kataklizmu…

 

AN: Na zakończenie chciałabym pogratulować sukcesu i zapytać – miejmy nadzieję nie ostatni raz – o przyszłość. Ma pan w planach kolejny romans z fikcją polityczną? Być może w zanadrzu czeka jakaś fantastyczna alternatywa?

 

JI: Co do planów pisarskich, to na razie daję sobie spokój z political fiction, com miał „w temacie” napisać, to napisałem. Pracuję teraz nad kontynuacją mojej młodzieżówki fantasy pt. „Eri i smok”, a w dalszych planach mam współczesny kryminał dziejący się we Wrocławiu. Bo dochodzę do wniosku, że współczesność jest na tyle zakręcona, niesamowita i ciekawa, że znowu do niej – po wydanej w 2008 roku powieści „Porwanie sabinek” ­– powrócę. Dzieją się bowiem tu i teraz rzeczy, które nie śniły się najbardziej nawet oryginalnym filozofom (może poza Zygmuntem Baumanem J), a to oznacza, że do roboty powinien się zabrać rasowy pisarz. Gdy bowiem zawodzi filozofia, do opisu świata powinna stanąć literatura. A przynajmniej powinna spróbować.

 

(styczeń 2018)

Jeden komentarz

  • Mariusz

    „Bo nie mamy, jako społeczeństwo, żadnej idei, która by nas określała, czyli, w skrócie, mówiła nam, po co właściwie jesteśmy” – Szanowny Autorze, czy mógłbyś podać jedno współczesne społeczeństwo, które posiada określającą je ideę udowadniającą że to społeczeństwo jest po coś i jednocześnie nie popada w nacjonalizm? Z mojego punktu widzenia, nie ma takiego społeczeństwa. To że w niektórych społeczeństwach żyje się lepiej to kwestia mentalności, dobrych decyzji, inicjatywy niektórych ludzi. Nie ma społeczeństwa, które jest „po coś”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *