„Dumanowski” Wita Szostaka – fragment utworu
Wreszcie otwarły się drzwi balkonu ratuszowego i stanął w nich Józafat Dumanowski w granatowym mundurze naczelnika, błyskając mosiężnymi guzikami. Za nim tłoczyli się rewolucjoniści, rajcy i senatorowie, wszyscy zmęczeni, ale zarazem spokojni i radośni. Dumanowski pozdrowił tłumy i z uczuciem triumfu rozejrzał się po wypełnionym szczelnie placu.
– Obywatele! – zaczął, a jego głos niósł się dźwięcznie. – Mamy Republikę! Niech żyje Republika Krakowska!
Tłum zaczął wiwatować, w górę wystrzeliły czapki, ludzie klaskali i zaczynali śpiewać patriotyczne pieśni. Ale Józafat Dumanowski uciszył krakowian jednym gestem i wszyscy zamilkli.
Wtedy musiał poczuć, że ma władzę. Stał przez chwilę uśmiechnięty, jakby chciał ogarnąć wszystkich zebranych ludzi. I przemówił spokojnie, bez krzyku. Mówił, że Kraków jest niewielki i najprawdopodobniej nie odegra żadnej roli w dziejach Europy. Ale jest silny swoimi obywatelami. Jest republiką, w której wszyscy obywatele się znają, dlatego mogą poczuć tę więź wspólnoty, bez której prawdziwa republika jest niemożliwa.
– Wszyscy czujemy, że na naszych oczach wydarza się coś niezwykłego. Nasz dom staje się naprawdę domem, możemy poczuć za niego odpowiedzialność i zbudować wokół niego prawdziwą wspólnotę. Losy Krakowa nie są nam obojętne, bo sami chodzimy po ulicach tego miasta i wiemy, co to znaczy wspólna sprawa. Może Republika Krakowska jest najmniejszą republiką na świecie. Ale może właśnie dlatego ma szanse stać się prawdziwą republiką, rzeczą wspólną wszystkich obywateli! – zakończył. Wiwatom nie było końca. Józafat Dumanowski oparł się o kamienną balustradę i oddychał ciężko. Nigdy tak nie przemawiał, nigdy nie mówił do ludzi. Sam nie wiedział, co się z nim dzieje. Wielokrotnie potem powtarzał, że nie pamięta ani jednego słowa z tamtego przemówienia. Same na niego spłynęły, kiedy zobaczył morze twarzy, które wpatrywały się w niego i oczekiwały, by zabrał głos.
[…]
Józafat Dumanowski kilka dni po przemówieniu z ratuszowego balkonu został uroczyście zaprzysiężony na Prezydenta Republiki Krakowskiej. Odtąd Senat wybierał go na tę funkcję jeszcze sześć razy; rządził Republiką ponad trzydzieści lat i odszedł na własne życzenie. W tym czasie ożenił się, owdowiał i przekroczył setny rok życia. Nikt nie mówił o nim inaczej jak „Ojciec Republiki”, choć on po cichu żałował, że nie ma już wśród żywych ludzi, którzy zwracali się do niego „Józafacie drogi!”. Tych brakowało mu najbardziej.
[…]
Pewien szlachcic przez rok zabiegał o spotkanie z Dumanowskim. Kiedy wreszcie dostał pismo z Kancelarii Prezydenta, że Ojciec Republiki może go przyjąć, wystroił się w okazały kontusz po swym dziadku, założył spłowiałą konfederatkę po pradziadku, do pasa słuckiego po prapradziadku przypiął szablę po teściu i ruszył do pałacu. Długo szedł przez marmurowe korytarze, na końcu których w wielkim fotelu siedział zmęczony prezydent. Szlachcic pokłonił się Dumanowskiemu i zadał jedno pytanie, które dręczyło go od lat:
– Kiedy będzie Polska?
Prezydent Republiki podniósł na niego wzrok i odpowiedział spokojnie:
– A kiedy waćpan sobie życzy?
Szlachcic pokłonił się i odszedł, zasmucony.
