„Widma” Łukasza Orbitowskiego – fragment utworu

Złote Wyróżnienie – Łukasz Orbitowski  „Widma”:

 

Strumień dał jej też jaszczurki — choć żyły poza wodą, dziewczynka nie wątpiła, że są darem od strumienia — całe mnóstwo jaszczurek, gnieżdżących się w trawie, grzejących na kamieniach. Odkryła, że łapanie ich nie ma sensu, lepiej podejść ostrożnie i się przyglądać. Jaszczurki były inne niż koty, wcale nie chciały zostać znalezione, do tego ich skóra niewiele różniła się barwą od kamieni, dostrzeżenie którejś z nich stanowiło więc nagrodę, wartą cierpliwego wędrowania z nosem przy ziemi. […]

Bawiąc się w jego nurcie, dziewczynka pozostawała niewidoczna, mogła zarazem patrzeć to na dom, to na drogę. Czyniła to rzadko, na drodze i przy domu z reguły nie działo się zbyt wiele. Tego dnia — ostatniego lipca — coś się jednak zmieniło, drżenie przeszło z powietrza na ludzi i zwierzęta. Zabrzmiał warkot silnika samochodu i dziewczynka postanowiła zobaczyć, kto jedzie, wyszła więc ze strumienia i położyła się na brzegu, na brzuchu, w ten sposób, by jej głowa ledwo wystawała nad trawę. Za plecami szumiała woda, słońce stało wysoko, a jej oczom ukazał się samochód, długi i czarny, w środku siedziało czterech niemieckich żołnierzy. Dwóch musiało być oficerami, nosili zielone, przekrzywione czapki i nieustannie rozglądali się na boki. Mieli poważne twarze, nosy o wydatnych nozdrzach i nerwowe szyje. Dwaj pozostali żołnierze, jeden w hełmie, drugi bez, tkwili na siedzeniach, jakby byli ich częścią. Silnik warczał i kaszlał, samochód sunął i dziewczynce przyszło do głowy, jak to dobrze, że ci czterej Niemcy nie mają pojęcia o niej, o traszkach i strumieniu. Może Niemcy są jak ryby, przecież też dokądś podążają, powinni się więc w końcu przemieniać, czy nie jest tak, że gdy dojadą na to dalekie miejsce, gdzie zmierzają — a zmierzali na pewno, takie twarze mają ludzie na początku długiej podróży — czy więc jeśli dotrą tam, gdzie chcą, to będą zupełnie inni? Staną się olbrzymami lub rekinami? Lub odwrotnie, jeśli Niemcy, którzy przybyli do Warszawy, byli źli, to czy nie powinni stać się dobrzy, wróciwszy na niemiecką ziemię? Takie myśli zaprzątały jej głowę, tymczasem samochód zniknął, a na drodze pojawili się ludzie.

Szli lub jechali w nieregularnej kolumnie, z wyraźnym pośpiechem i bez oglądania się za siebie, co najwyżej spoglądając ku sobie nawzajem. Część siedziała na wozach zaprzęgniętych w konie i pełnych najróżniejszego sprzętu, upchniętego tak, że zajmował zbyt wiele miejsca; włazili na te rupiecie i na siebie, spychali się i musiało im być strasznie niewygodnie. Dzieci płakały w ramionach matek, chłopcy z trudem wytrzymywali na miejscach, mężczyzna z przodu wozu nie bardzo wiedział, co zrobić z biczem. Byli też piesi, objuczeni, z ciężkimi torbami niesionymi najczęściej we dwoje, w grubych ubraniach, mimo ciepłej pogody, które razem z tobołami musiały im bardzo ciążyć. Dziewczynce zrobiło się jakoś dziwnie, domyślała się, że to są Niemcy, słyszała słowa po niemiecku, a przecież rzadko kiedy widywała Niemca z tobołami, przeciwnie, rozpoznawało się ich po swobodnym kroku i wolnych rękach, tym różnili się od Polaków, którzy suwali nogami i zawsze coś nieśli. Czyli coś się zmieniło, nie wiedziała tylko co, za to słusznie przeczuwała, że zmiana ma jakiś związek z tym, iż ojciec wybrał Gnojnik zamiast Warszawy. Niemcy nadciągali właśnie od Warszawy, ale kierunek ich wędrówki był tajemniczy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.