REALIZM ALTERNATYWNEJ IMPLEMENTACJI TEORII NAUKOWEJ – rozmowa z Janem Maszczyszynem

Andrzej Zimniak: Debiutowałeś w wieku 17 lat, czyli bardzo wcześnie. 9 lat później zdobyłeś nagrodę czasopisma „Fantastyka”, a po kolejnych 3 latach spakowałeś manatki i wyemigrowałeś do Australii. Nie szkoda Ci było dobrze zapowiadającej się kariery pisarskiej w kraju?

 

Jan Maszczyszyn: Wtedy liczyła się tylko rodzina. Pochodzę z rozbitej familii, więc żeniąc się i zakładając własną chciałem w niej ujrzeć wszelkie dobro, które sam utraciłem. To po pierwsze. Po drugie nie wierzyłem wtedy w trwały rozpad dyktatury proletariatu. Uważałem rok 1989 za kolejną datę z fazą pozornego politycznego roztopu. Miałem dość materialnej nędzy i perspektywicznej beznadziei. Coś mnie ciągnęło, coś się wewnątrz przepaliło, coś zbuntowało. Właśnie urodziła nam się córka Natalia. Patrzyłem w jej ufne oczy i zastanawiałem się, czy warto i czy czymkolwiek jeszcze ryzykuję. Przecież na miejscu, nic, prócz miłości nie mógłbym jej wtedy dać.

Tak więc spakowałem w dwie walizki cały nasz tamtejszy dobytek i ruszyłem z rodziną na antypody.

Dotarłem do Melbourne i podjąłem pierwszą lepszą, ciężką pracę. 12-16 godzin fizycznego znoju przyniosło wymierne efekty. W pierwsze pięć lat kupiliśmy, wyposażyli i kompletnie spłacili dom z wielkim ogrodem. Mieliśmy samochód i dostęp do przepięknych australijskich okolic. Od razu zrozumiałem, że było warto. Że Australia mnie odmieniła. Poszerzyła horyzonty myślenia, intelektualnie i materialnie wzbogaciła.

Czy nasze osiągnięcia wtedy były czymś niezwykłym i oryginalnym? Nie. Po prostu ceni się tutaj trud pracy człowieka. Godność to standard w tutejszej demokracji. I życia w takiej przyszłości chciałem dla moich dzieci.

Po latach dziewczyny skończyły studia. Zdobyły dobrą pracę i nawet do głowy im nie przychodzi, żeby bić się o to, co im się należy.

A kariera pisarska wtedy w Polsce?

W latach osiemdziesiątych problemy banalnie proste zderzały pisarskie ambicje z rzeczywistością. Miałem maszynę do pisania, do której nie można było dostać taśmy. Papieru z kolei nie dało się kupić w sklepie. Parę kartek dziennie przynosił mi wujek z biura, w którym był zatrudniony. A należało sporządzić maszynopis dla redakcji w trzech jednobrzmiących egzemplarzach – najszybciej przez kalkę. Mieć w razie czego rolkę specjalnego papieru korekcyjnego i z milion ton cierpliwości przy wydruku z suchej taśmy. Życie pisarza nie było łatwe. Przecież zasób wydawniczy był z góry ustalony, gospodarka była planowa. Należało w niej umiejscowić wyłącznie lojalne względem ustroju kadry.

Ale mimo to przyznaję, że miałem szansę. Ówczesny redaktor naczelny agencji wydawniczej KAW, pan Andrzej Wójcik miał chody i zaproponował mi wydanie własnej antologii. Był rok 1979. Jeszcze nie posiadałem maszyny do pisania, a warunkiem wstępnym było oddanie do redakcji Krajowej Agencji Wydawniczej przynajmniej stu stron maszynopisu. Czy dorobiłem się takiej masy materiału? Z bólem przyznaję, że tak. Leżał ukryty w biurku sklepanym przez mego dziadka z pozostałości po starej szafie.

W roku 1981 prezes Śląskiego  Klubu Fantastyki zaproponował mi publikację w antologii „Sposób na wszechświat – 83”. Przychodził do mnie co tydzień. Pukał i wchodził. Robiłem mu herbatę, a on grzebał w tymże biurku. Wyciągał grube, zapisane zeszyty. Brał do ręki wszystkie interesujące go rękopisy, wiózł do Katowic tramwajem, czytał w domu, potem wracał – czasem z radosną propozycją druku w „Fikcjach” (fanzin ŚKF-u). Najbardziej przypadła mu do gustu mikropowieść fantasy „Noc pokuty”. Napisana odręcznie historia wymagała sporego nakładu pracy redakcyjnej. Robiliśmy ją wytrwale przez dwa miesiące. Po prostu przepisywałem tekst po wielekroć, dopóki nie uzyskał stanu bliskiego czytelności. Wreszcie Piotr uznał, że może go oddać maszynistce. I tak ukazała się jedna z pierwszych polskich opowieści fantasy, która zresztą nie przetrwała próby czasu. Dlaczego o tym mówię? Bo ktoś niedawno pytał mnie o nią, planując wydanie wczesnych polskich utworów fantasy w jednotomowej, zbiorowej pracy sentymentalnej.

Ale w roku 1989 nadszedł kryzys i wszystko mnie już znużyło.

 

AZ: Po wyjeździe na antypody zaprzestałeś pisania na ćwierć wieku, a potem, jakby nigdy nic, jakbyś tylko na chwilę wyskoczył do sklepu po bułki i mleko, opublikowałeś zbiór „Czas przebudzenia” (nomen omen), później zaś ruszyłeś na podbój rynku „Światami solarnymi”. To, że rzucony w nowe środowisko przestałeś pisać, jest zrozumiałe, ale skąd po 25-letniej przerwie nagłe przebudzenie i powrót?

 

JM: Nie były to bynajmniej „puste” lata. Natychmiast pojawił się w domu komputer, a w nim pierwsze symulacje przestrzeni kosmicznej. Rewelacją pośród programów astronomicznych był wówczas „Starry Night”. Pamiętam, że pokonałem samochodem ponad sto kilometrów na południe Melbourne, żeby zakupić za z trudem uciułane kieszonkowe pieniądze kopię programu. Niebawem zdobyłem pierwszy w moim życiu refraktor. Zaraz potem zbudowałem w przydomowym ogrodzie obserwatorium z profesjonalną obrotową kopułą obserwacyjną. Pamiętam, że wraz z dziećmi obwiesiliśmy ściany tej konstrukcji zrobionymi z plasteliny skamienielinami fauny i flory galaktycznej. Niebo południowe jest cudowne, znacznie bogatsze w obiekty obserwacyjne niż to widoczne w pogodny wieczór na północy. Są tu obłoki Magellana. Jest Alfa Centaura. W letnią, ciepłą porę płonie zawsze prominentny, cudowny Orion.

Szybko więc się zadomowiłem. Wstąpiłem do szeregów Wiktoriańskiego Stowarzyszenia Astronomicznego, australijskiego odpowiednika naszego PTMA, zrzeszającego sympatyków tej dziedziny. Brałem udział w zlotach, obserwacjach i sympozjach. Odkryłem przy okazji różnorodność geologiczną stanu Victoria. Jest tu niemal wszystko w różnych lokalizacjach: kambr w górach, kreda i jura nad oceanem. Dla paleontologa-amatora to istny raj.

Poza tym klimat, swoista oryginalność lokalizacji, fauna i flora, aborygeńska sztuka. Wszystko to czyni Australię niepowtarzalną, miłą i bliską.

No i w tym miejscu dochodzimy do literatury popularnonaukowej. W moich czasach w Polsce dostęp do tłumaczeń z angielskiego – to była istna tragedia. Na palcach ręki można było policzyć warte czytania pozycje. Zresztą przeciętny klient spekulant kupował wszystko, co nawinęło mu się pod rękę. Sprzedawał to potem z ogromnym przebiciem na czarnym rynku. Zatem wraz z przyjacielem Andrzejem Wolskim chodziliśmy do księgarni międzynarodowej, aby popróbować się z językiem rosyjskim. Chodziło głównie o prace z dziedziny astronomii. Do dziś posiadam na półkach poleskie kompendium wiedzy, dzieło: „Astronomia ogólna dla sympatyków – PTMA”, w której we wstępie autor się znęca nad miałkością zachodnich prac naukowych, a wychwala naukowców radzieckich za ich przykładny wkład naukowy i sukcesy w tej dziedzinie. Warto wspomnieć bibliotekę „Problemów”, którą kolekcjonowaliśmy z przyjacielem na kiermaszach, gdzie za trzy losy otrzymywało się dowolny jej tom. Puste losy – tu przypomnę – leżały wszędzie na ziemi i w koszach na śmieci.

I tu nagle mierzę się w Australii z banalnie prostym zadaniem opanowania języka drukowanego. Wystarczyło opanować pryncypia. Wystarczyło chcieć. Czytałem już dość biegle w drugim roku bytności tutaj. Carl Sagan? Toż to była czysta przyjemność poznawać go w oryginale. I znów na początku oparłem się o Opportunity Shops, gdzie stare książki i winylowe płyty były za dolara. Odkryłem dla siebie przysłowiowy raj w stertach popularnonaukowej, groszowej makulatury. A gdy wreszcie już stanęliśmy na materialne nogi dokonywałem istnych nalotów na ulubione księgarnie, łowiąc co bardziej interesujące świeże tytuły. W międzyczasie gdzieś się przemieszczałem, dojrzewałem, ogarniałem myślą sprawy, o których dotąd nie miałem pojęcia. Raptem do każdego z nas przyczołgał się Internet. Otworzyły się nowe kanały przekazu i wreszcie na koniec powstał genialny „Word”.

 

AZ: Przez 25 lat asymilowałeś się w nowym środowisku, zmieniałeś barwy, dokonywałeś konwersji językowej. No właśnie – Twoja polszczyzna pozostała na poziomie jak sprzed 30-tu lat, nie czuje się żadnych anglicyzmów. Jak tego dokonałeś? Z żoną rozmawiałeś po polsku, ale córki pewnie już wolały angielski? A środowisko w pracy, miejscowi znajomi?

 

JM: To jest ciekawe spostrzeżenie. Ale nie jest przypadkiem tak, że to polskie współczesne środowisko językowe aż przeładowane jest anglicyzmami i różnicy się nie odczuwa?

To bardzo miłe, że odbierasz moją polszczyznę w ten sposób, bo zakochany jestem w polskiej mowie. To język naszej duszy, język dedykowany sercu. Zwykle przyrównuję siebie w myśli do sienkiewiczowskiego Latarnika, który dopiero w oddaleniu od kraju odkrywa cudowność obcowania z rodowitym słowem.

 

AZ: Przejdźmy do Twojej literatury. Przyznajesz, że od zawsze zaczytywałeś się artykułami naukowymi i popularyzatorskimi, i nadal nauka stoi u Ciebie przed literaturą. Ile jest nauki w Twoich książkach? Podczas lektury widoczne są powiązania i nawiązania, konstrukcje znaczeniowe odwołujące się zarówno do historii nauki, jak i do antycypacji jej przyszłości. Steampunk też, ale nie tylko. Czy pragniesz przekazać jakąś naukową wizję?

 

JM: Zasadniczo przyjmuje się, że steampunk reprezentuje nurt fantastyki, w której osią główną świata jest historia alternatywna. Zwykle jest to opowieść fikcyjna nieco bardziej fortunna dla kraju, w którym mieszkamy. A więc mamy do czynienia z wielokrotnie eksploatowaną wizją zatrudnienia postaci historycznej w biegu zupełnie nieprawdopodobnej historii. Akurat taki wątek nigdy nie był dla mnie pociągający. Może z powodu mojego ciągłego funkcjonowania na granicy fantastycznej fikcji literackiej i nauki, powstała wizja budowy realizmu alternatywnej implementacji teorii naukowej?

 

AZ: Piszesz z przekonaniem, raczej bez dystansu. Na ile wierzysz w swoją kosmogonię? Albo w jakiej jej części coś prorokujesz? A może wszystko jest li tylko literacką grą?

 

JM: Przybywszy do Australii w roku 1989 miałem właśnie w pamięci najświeższą lekturę, którą była „Fundacja” Isaaca Asimova. Pisarz amerykański, który od pierwszego z nim spotkania zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Stanąłem więc na rozdrożu. Oto ja wrzucony w szerokie wody „tymczasowy analfabeta” nie mogę się posilić żadną obiecującą wrażenia lekturą. Dotarłem do antykwariatów, gdzie zakupiłem dalsze części fundacji, jak również skompletowałem dalsze tomy z bogatej twórczości autora. Przyszło mi to niezmiernie łatwo. Kupowałem książki za grosze, a nie potrafiłem ich czytać. Zdolność tę osiągnąłem z mozołem. Pracowałem nocami, uczyłem się w dzień do południa w szkole. Potem spałem i znów pracowałem.

Szybko zauważyłem, że ciągnie mnie w kierunku prac popularnonaukowych. Zacząłem czytać. Nareszcie! Oczywiście w pracy pisarskiej brak mi specjalistycznych narzędzi do wyciągania na światło dzienne własnych teorii. Nie robię tego. Ale zauważyłem, że nie trzeba być odkrywcą ani na tym polu, ani na żadnym innym. Odpowiedź jest ogólnie dostępna. Wystarczy przeszukać internet, aby odnaleźć konieczne prace oryginalne i oprzeć teorie własnej kosmogonii na zbiorze odpowiednio dobranych prac. Oczywiście, jeśli autorzy brzmią sensownie i odpowiedzialnie.

Może wyjaśnię tę kwestię bliżej. Udaje się spotkać uczonych, którzy wybijają się ponad naukową przeciętność właśnie oryginalnością edukacyjnej wizji. Zaliczam do nich znanych wszystkim i mniej znanych. Pragnę ich wymienić, by rzucić pewne światło na przekrój moich zainteresowań. A są to astronomowie, paleontolodzy, fizycy i pełnej krwi ewolucjoniści. Nie sposób więc nie wymienić popularyzatorów wiedzy takich jak: Carl Sagan, Stephen Hawking, Richard Feynman, Fred Hoyle, James Lovelock, Richard Dawkins, Stephen Gould, Conway Morris, Richard Fortey, Ken Crosswell, John Barrow, Allan Guth, Brian Greene, Lynn Margulis, Dorion Sagan, Lee Smolin. Ale również można się zatrzymać ponad pozycjami takimi jak: „Microcosm” Carla Zimmera, czy „Programing the universe” Setha Lloyda lub „The life of the super earths” Dimitara Sasselova. To wszystko książki i autorzy, którzy zrobili na mnie ogromne wrażenie. Są inni, których poznałem pobieżnie lub tylko zaznajomiłem się z ich teoriami, które jak żywy ogień wzbudziły kontrowersje u innych zatwardziałych naukowych konserwatystów. Mam tu na myśli „micropsychism” lub szczególne teorie czasu, które tak wżarły mi się w umysł, że aż na stałe przylgnęły. Absolutnie wierzę w system wiedzy i pragnę cokolwiek z niego rozpropagować, a przynajmniej na tyle zainteresować, aby czytelnik już we własnym zakresie sięgnął po więcej. Jest to żywioł, który niezmiennie mnie fascynuje.

 

AZ: Po 30-tu latach pobytu w anglojęzycznym środowisku mógłbyś już zapewne pisać literaturę po angielsku. Próbowałeś? Z drugiej strony, emigrowałeś jako już dojrzały człowiek, a języka natywnego uczymy się w wieku kilku lat. Który język czujesz lepiej?

 

JM: Zdecydowałem się na emigrację w wieku 29 lat, a to już jest stanowczo za późno na opanowanie języka na poziomie „native speaker”. Bo tak naprawdę wszystko rozgrywa się w przedszkolu, w piaskownicy lub na placu zabaw, gdy mały, pyzaty ludzik do szczętu wykorzystuje znane mu słownictwo obudowując rzeczownik przymiotnikami lub na różnoraki sposób powykręcanymi przyimkami ruchu zmieniającymi sens zdania jak w kalejdoskopie. Wypowiedź przyjmuje więc różne znaczenia i pomimo że osoba ją tworząca posiada raczej skromny zasób słów sprawia wrażenie bogatej, obrazowej i dynamicznej. Jest to więc fundament wiedzy językowej trudny do opanowania dla emigranta. Oczywiście coś tam wydałem po angielsku. Były to opowiadania. Przetłumaczyłem też dwie swoje powieści. Poddałem je profesjonalnej redakcji i czekają. Być może uda mi się je w przyszłości opublikować.

 

AZ: Jakie masz plany literackie?

 

JM: W tym momencie wraz z moją wspaniałą panią redaktor z Genius Creations ukończyliśmy redakcję „Chronometrusa”, stanowiącego kontynuację powieściowego „Necrolotum”. Pracuję obecnie równocześnie nad dwoma nowymi tytułami i kilkoma opowiadaniami. Jedna z powieści przyjęła ulubioną przeze mnie formę znanych już czytelnikowi retrofikcji, druga to przykład czystego hard science fiction. Co do przyszłości, myślę o trzecim tomie cyklu przygód podmorskich „Necrolotum” i  realizacji kilku innych pomysłów.

 

AZ: Co chciałbyś jeszcze powiedzieć swoim czytelnikom, także tym potencjalnym?

 

JM: Jeśli spodobało się państwu „Necrolotum”, pragnę zachęcić do zagłębienia się w świat „Chronometrusa”, powieści porywającej czytelnika w odległy czas przyszłości na pokładzie potężnych, atlantydzkich wehikułów czasu. Zapraszam również do tomów Trylogii Solarnej, w której eksploruję możliwości budowy niezwykłej strefy Dysona. Niestety nie zamieściłem tam odsyłaczy, które bardzo usprawniły komunikację w „Necrolotum”.

Pragnę bardzo podziękować za zainteresowanie moją skromną osobą, a szczególnie Andrzejowi Zimniakowi za możliwość udzielenia wywiadu.

Kłaniam się. Jan

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *