Kilka rozgrzebanych, mistrzowsko połączonych pomysłów

[Szkic na temat powieści „Science fiction” Jacka Dukaja, uhonorowanej Główną Nagrodą Literacką im. Jerzego Żuławskiego w 2012 roku, zaanonsowany wypowiedzią w panelu przez Krzysztofa Smirnowa dn. 27.11.2012 w Domu Literatury w Warszawie]

 

Powieść Dukaja moim zdaniem jest sklejką kilku rozgrzebanych pomysłów, które z naturalnym dla siebie mistrzostwem połączył i w ten sposób stworzył nową jakość – nic nowego w świecie sztuki, tak się właśnie kleci dzieła. Zatem nie jest to przytyk, o ile samo spostrzeżenie czytelnika tego faktu nie stanowi przesłanki, że być może klej jest zbyt widoczny. W sztuce nic nie jest pewne, zatem prawdopodobne, że ów klejony szew, tak dla mnie rzucający się w oczy, stanowi w rzeczywistości świadomy zabieg autorski. W sztuce nic nie jest pewne, do tego stopnia, że nie można nawet wierzyć samemu autorowi, kiedy (i jeżeli) zechce się na ten temat wypowiedzieć. Pozostaje zatem rozważać utwór takim, jakim go widzimy, a czepialscy ewentualnie mogą poszukać kompromitujących epizodów w życiu autora, które mogą mieć jakiś związek z powieścią. Ponieważ nie znam osobiście Jacka Dukaja i nie wiem nic na temat jego życia prywatnego, muszę poprzestać na własnym gdybaniu, które, o ile napisane ciekawie, samo może stać się swoistym dziełem sztuki, rozważanym jako utwór pochodny.

Wracając zatem do początkowej tezy o rozgrzebanych pomysłach, jakie wnioski mogę wyciągnąć z lektury „Science Fiction”?

Mamy tam warstwę kpiarską, gdzie podmiot liryczny dowcipkuje na temat losu zbyt inteligentnych, a przez to cokolwiek emocjonalnie popapranych, wyżywających się w niszowej dziedzinie, jaką jest literatura… Zaraz, czy to nie jest kpina z publicznego wizerunku samego Jacka Dukaja? Czy nie krążą plotki o źródłach jego dochodów, że literatura stanowi tylko wentyl bezpieczeństwa dla jego intelektu?

Dajmy pokój plotkom, bo powieść nie czeka i wkrótce z konwentu fantastów „gdzieś w nieodległej przyszłości” przeniesiemy się w głąb wizji autorskiej. W warstwie tej mamy nadinteligentnego pisarza Caldwella, który uczestniczy w tajemniczym projekcie biznesowym: na bazie dostępnych technologii sieciowych i obliczeniowych stworzyć (płatną!) usługę osobistego Anioła Stróża, monitora etyki, przy czym oczywiście samą etykę użytkownik będzie mógł wybrać z dostępnego wachlarza szablonów, lub zaprojektować samemu, korzystając z dostępnych „suwaków”. Pomysł, na który w pierwszej chwili można wzruszyć ramionami (bo kto by chciał za to płacić?), by po krótkim zastanowieniu dostać dreszczy. Co za pokręcona wizja! Moim zdaniem Caldwell jest tylko średnio dopasowanym modelem człowieka. Z pewnego punktu widzenia słuszne jest duszenie takich wizjonerów przy pierwszym poznaniu. Przecież zamierza on robić pieniądze na jednym z najważniejszych aspektów naszego życia (postawa moralna i etyczna odpowiada za nasze codzienne, dobre samopoczucie, tak samo przy goleniu, czy to twarzy, czy nóg, jak i w chwili śmierci), niejako go spornolizować i w ten sposób wprowadzić ludzkość w stan kompletnego pomieszania (o ile już się w nim nie znajduje, wtedy nie ma różnicy). Jednocześnie sam nie potrafi wystarczająco skoncentrować się na fakcie, że właśnie terroryści porwali mu syna – a może właśnie w doskonały sposób steruje swoimi emocjami, bo co może zrobić jakiś pisarz, czy nie lepiej posłać do piekła wynajętych specjalistów? A skoro już się ich wynajęło, czy coś pomoże dalsze angażowanie emocji w sprawę? Czy nie lepiej skoncentrować się na zarabianiu pieniędzy na ich wygórowane honoraria?

W warstwie drugiej mamy świat, w którym spełniła się biznesowa wizja Caldwella: w równolegle pisanym przez niego opowiadaniu postaci dobierają etykę do zachowań (dopasowując wręcz własne cechy psychofizyczne, włącznie z płcią, co skłania mnie do dyskusji, co płeć ma wspólnego z etyką). Istniejący system prawnej kontroli nie zajmuje się zatem oceną etyczną postępowania podsądnych, lecz ocenia zgodność tegoż z zadaną w danym momencie etyką. Zatem jeżeli Kowalski zabił, to czy było to zgodne z tym, w co wierzył w danym momencie? Jeżeli było zgodne, to wszystko w porządku. Nie może popełnić przestępstwa ten, kto działa z przekonaniem, że czyni dobro. Ludkowie tego świata właśnie zetknęli się ze zjawiskiem, z którym sobie nie radzą: kotłująca się na Ziemi Matematyka robi to samo z fizyką, co oni z własną postawą moralno-etyczną. Nagle się okazuje, że nawet w tak zrelatywizowanej rzeczywistości ludzkość pragnie w coś wierzyć, szuka stałych punktów podparcia, nie akceptuje sytuacji, że „hulaj dusza, piekła nie ma”. Niektórzy nie godzą się na przekraczanie pewnych granic. Zatem przedstawiciele „rządu” próbują powstrzymać kompanie eksplorujące Matematykę przed odkryciami, które przewrócą dotychczasową wizję – właśnie wizję, czy też może wiarę – świata do góry nogami.

Pod przykryciem tych dwóch warstw zatem Autor wywołuje nas do dyskusji na wysokim poziomie szczerości: czy nie jest tak właśnie, dziś, i to bez żadnego wspomagania farmako­nano­para­meta­holo­cyber­elektro­nicznego, że czynimy, jak uważamy, a wcześniej i później dopasowujemy (psychologicznie tzw. racjonalizujemy) swoje postawy (czy to w warstwie deklaracji, czy to w tzw. sumieniu, czyli deklaracji postawy dla samego siebie) do zaplanowanych/popełnionych czynów? Czy nie jest właśnie tak, że cała ta nasza zadęta gadanina z etyką i moralnością na czele jest w rzeczywistości wygodnym dywanem, pod którym buldogi mogą walczyć bez żadnych reguł? Czy nie jest tak, że w ramach tej walki następuje eskalacja zastosowanych broni i przekraczane są kolejne granice, jeszcze niedawno uważane za nieprzekraczalne? I czy to dobrze, czy źle, czy może obojętnie?

Jest to zaledwie jedna z wielu warstw, których można dopatrywać się w powieści Jacka Dukaja, moim zdaniem najistotniejsza. Wybaczcie, ale trzecia część, w której spina dwie poprzednie zgrabną klamrą w całość, przypomina mi zakończenia opowiadań, które pisaliśmy na szkolną gazetkę ścienną: „i wtedy obudził się i zobaczył, że to był tylko sen”, a zatem nie zamierzam poświęcać jej tutaj wiele uwagi. Bo w każdej chwili mogę się obudzić i zobaczyć, że to był tylko sen.

W każdym razie – warto przeczytać „Science Fiction”. Oby nie był to ostatni utwór Jacka Dukaja. Oby to nie był ostatni utwór science-fiction Jacka Dukaja.

 

Krzysztof Smirnow

28.12.2012

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *