O laureatach Nagrody Żuławskiego ‘2010 słów kilka

[Szkic o laureatach ‘2010 (Protasiuk, Kańtoch, Orbitowski, Dukaj) odczytany 13.11.2010 r. podczas gali Nagrody im. Żuławskiego w Lublinie, napisany specjalnie na tę okazję przez Michała Cetnarowskiego]

Do przygotowania resume tegorocznych wyników nagrody im. J. Żuławskiego zaprosił mnie dobry duch nagrody, Andrzej Zimniak. Propozycja – żeby stało się zadość zasadom przyzwoitości – najpierw oczywiście porządnie mnie zlękła, nie bardzo bowiem wiem, jak mój komentarz miałby dodać coś nowego do wszystkiego, co o nagrodzonych powiedzą utytułowani jurorzy. Ale potem zwyczajnie ucieszyłem się – zaproszenie bowiem nie tylko niezasłużenie mi pochlebia, ale też w dużej mierze mógłbym się podpisać pod tegorocznymi wynikami jury. Niekoniecznie dlatego, że wszyscy wyróżnieni autorzy i ich książki wpisują się dokładnie w moje prywatne typy – według mnie trochę przepadł na przykład interesujący „Trzeci świat” Macieja Guzka, a szkoda. Ale dlatego, bo jury, mam wrażenie, Grand Prix nagrodziło autora młodego, a już wyróżniającego się, tworzącego niby na marginesie fantastycznego mainstreamu, ale konsekwentnie przecierającego szlak własnych obsesji, zainteresowań, poszukiwań i analiz. Z podobnych pozycji zaczynali kiedyś najwięksi autorzy science fiction, która w ich wydaniu była nie tylko kawałkiem dobrej literatury, ale też dowodem na pogłębioną zadumę nad otaczającym nas światem i jego prawami.

Najpierw jednak może kilka słów o reszcie wyróżnionych. Wszyscy z nagrodzonych autorów to pisarze metrykalnie młodzi; trudno jednak traktować Jacka Dukaja czy Łukasza Orbitowskiego jako fantastyczne „objawienia ostatnich lat”. „Wroniec” tego pierwszego wydaje się na pierwszy rzut oka skromniejszy niż „Inne pieśni” czy monumentalny „Lód”, chyba jedyna książka, która powinna mieć na okładce naklejkę przestrzegającą przed czytaniem w wannie. Ale to, mam wrażenie, tylko pozory: we „Wrońcu”, tak jak i we wcześniejszych tekstach autora, najważniejsze jest, by znów autorsko przekroczyć samego siebie, pomyśleć niepomyślne, napisać nienapisane i do puli popkultury, w której ponoć „wszystko już było”, dodać ideę nową. Patrząc zaś od tej strony, Jacek Dukaj znowu wspiął się na wyżyny talentu i przetarł kolejne szlaki.

„Święty Wrocław” Łukasza Orbitowskiego nie jest tak wywrotowy, ale dla tego pisarza to w moim odczuciu powieść przełomowa. Autorstwo tej myśli nie jest moje – zwerbalizował ją Paweł Majka podczas jednej z rozmów, w których miałem przyjemność uczestniczyć – ale bezczelnie się tu nią podeprę, ponieważ, mam wrażenie, najlepiej oddaje ona istotę rzeczy jeśli chodzi o tę powieść. Niektórzy z czytelników „Świętego Wrocławia” zwrócili oto uwagę, że oniryczne, fantasmagoryczne zakończenie książki, opisujące przemianę bohatera i narodziny „nowego Adama”, jakby nie bardzo pasuje do reszty tekstu: bardziej „swojskiego”, pisanego w charakterystycznej dla autora manierze „ballady z blokowiska”. Jak się mają te przemiany do reszty powieści, a wcześniejsza narracja, nieledwie realistyczna, do końcowego symbolizmu tajemniczej apokalipsy? Odpowiedź na to pytanie można znaleźć, kiedy odczytamy książkę jako symbol przemiany nie tylko bohatera, ale i samego autora, który grzebiąc powieściowy stary świat, przemienia się również poza fikcją, świadomie porzuca „horror osiedlowy”, żeby spróbować się z nowymi tematami i wyzwaniami. Tegoroczne „Nadchodzi” – myślę głównie o tekście tytułowym zbioru – zdaje się w zupełności potwierdzać tę niebezpieczną hipotezę.

Z kolei „Przedksiężycowych” Anny Kańtoch cechuje wszystko to, co mogło się podobać czytelnikom wcześniejszych tekstów pisarki. Nie tylko tych „quasi-stempunkowych” – takich jak „Diabeł na wieży” czy „Zabawki diabła” – estetycznie zbieżnych z filmowym „Jeźdźcem bez głowy” Tima Burtona czy „Braterstwem wilków”. Ale zwłaszcza tekstów z pogranicza science fiction i fantasy, takich jak nagrodzone Zajdlem „Światy Dantego”. Do tego nurtu zaliczyłbym także „Przedksiężycowych”, urzekających przede wszystkim wykreowanym niestandardowym literackim światem i rozmachem w budowaniu jego zrębów i rządzących nim okrutnych praw.

Zdobywca Grand Prix, Michał Protasiuk, w budowaniu swoich fabuł, zwłaszcza w książce nagrodzonej, nie zapuszcza się tak daleko na rubieże wyobraźni: scenerią jego najnowszych tekstów jest raczej nieodległa, tylko nieznacznie zmodyfikowana przyszłość. „Struktura” to może nie jest „książka idealna”: taka, w której do niczego nie idzie się przyczepić i jest równie dobra na każdym z rozpatrywanych poziomów (intelektualnym, stylistycznym itp.). Ale też miałem przyjemność czytać wszystkie trzy książki Michała – debiutancki „Punkt Omega”, właśnie „Strukturę” i najnowsze, a jeszcze niepublikowane „Święto rewolucji” – i jak to się nieczęsto zdarza, w każdej kolejnej powieści widać ogromną pracę nad sobą i wielki autorski krok naprzód. Wśród fantastów pokutuje raczej fałszywe przekonanie, wywiedzione z Hegla i Marksa, o obowiązkowym progresie twórczym autorów, naturalnej ewolucji od tekstów słabszych („debiutanckich”), do coraz lepszych (kiedy już „nauczyli się pisać”). To chyba bardziej myślenie życzeniowe niż obowiązująca zasada – wielu z pisarzy, niekoniecznie fantastów, napisało swoje najlepsze teksty w okolicach trzydziestki, a czasem nawet i przed ukończeniem 30 roku życia – a jednak w przypadku Michała Protasiuka zaskakująco się sprawdza. To już są nie tylko książki lepsze z tytułu na tytuł – ale w moim odczuciu w ogóle powieści z innych, coraz wyższych stref energetycznych, wskakujące na kolejne orbitale walencyjne jakości.

Protasiuk w swoim pisarstwie krąży wokół kilku nie dających mu spokoju tematów: epistemologii rzeczywistości, statystyki w badaniu społeczeństw i ludzkich charakterów, determinizmu losu i historii, wykorzystania nauk ścisłych w teologii i filozofii. Znać w tym długi oddech Stanisława Lema, a choć literacko Protasiukowi jednak wciąż sporo brakuje do twórczości Mistrza, to postępy i zacięcie, żeby podążać niezależną autorską drogą, stanowią obiecującą zapowiedź na przyszłość. Podobnie poważnego podejścia do szeroko rozumianej nauki i filozofii fantastyka en masse jakby się w ostatnich latach trochę zaparła; tym bardziej cieszy wyróżnienie autora, który bez taryfy ulgowej względem siebie próbuje się z podobnymi zagadnieniami literacko zmagać i mierzyć.

Listopad 2010

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *